Najbardziej znany poemat satyryczny Juliana Tuwima w Warszawskiej Operze Kameralnej. Wśród performerów „Balu w operze” Leszek Możdżer
„Bal w operze” w warszawskim Basenie Artystycznym to nie tylko adaptacja klasyki, ale też intensywne, zmysłowe i niepokojąco aktualne doświadczenie. Twórcy sięgnęli po poemat Juliana Tuwima, tworząc widowisko dalekie od klasycznej inscenizacji – na pograniczu opery, współczesnego teatru, muzyki i performansu, z aktywnym udziałem publiczności. Najważniejszą postacią na scenie jest Leszek Możdżer, tym razem nie tylko w roli kompozytora i lidera zespołu, ale także performera, który wchodzi w strukturę spektaklu i tworzy napięcie między słowem a dźwiękiem.
Alicja Węgorzewska wspomina, że pomysł na ten spektakl zrodził się cztery lata temu. Dyrektor WOK-u zależało na tym, by pokazać na scenie nie tylko Juliana Tuwima, ale też Leszka Możdżera w zupełnie innym wymiarze, w bezkompromisowej odsłonie.
– Na scenie Basenu Artystycznego próbuję wykreować naszą autorską scenę, więc pojawiają się nieoczywiste tytuły takie jak: „Company” Sondheima, „Maria de Buenos Aires” czy „Matka Witkacego”, a teraz kolejny wielki tytuł – „Bal w operze” z muzyką Leszka Możdżera. Dzięki jego immersyjnym działaniom, bo jest on tutaj nie tylko muzykiem, kompozytorem czy akompaniatorem, ale Archikratorem i właściwie kreuje całą tę sytuację, przekazując tekst Juliana Tuwima, publiczność staje się częścią spektaklu – mówi agencji Newseria Alicja Węgorzewska.
Dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej uważa, że ten spektakl to artystyczny komentarz nie tylko do tego, co się działo 90 lat temu, ale również do czasów współczesnych. Powstały w latach 30. XX wieku tekst, będący ostrą satyrą na dekadencję elit i przeczucie nadciągającej katastrofy, dziś brzmi zaskakująco aktualnie – odsłania mechanizmy zbiorowej iluzji i moralnego rozkładu ukryte pod maską przepychu.
– Ten tekst jest bardzo trudny, on był napisany w 1936 roku, ale 90 lat później mamy wrażenie, jakby był napisany wczoraj. Trzy lata przed wojną oni mieli wrażenie, że za moment skończy się świat i skończy się ludzkość. Tam jest siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, pieniądze, nieczystość, zazdrość, zemsta, pożądanie. Zaczynamy od euforii i radości, poprzez te złe emocje, ale kończymy na pewnym oczyszczeniu, nadziei i wołaniu z Apokalipsy św. Jana o przyjściu Jezusa. Teraz, w okresie Wielkiego Postu i Wielkanocy, jest to najlepszy tekst. Co prawda otoczenie się zmienia, technologie się rozwijają, natomiast nie zmieniają się ludzie, ich emocje, oczekiwania, pożądania, grzechy, ale także chęć wychodzenia z apokalipsy, którą dzisiaj sami sobie de facto kreujemy – mówi Alicja Węgorzewska.
– Cały ten bal możemy potraktować jako diagnozę współczesności. Wszyscy bierzemy udział w jakimś opętańczym tańcu i w jakimś balu, który można metaforycznie nazwać balem przed końcem świata. Wydaje mi się, że izolowanie się od tego i mówienie: „Mnie to nie dotyczy, to nie jest o mnie”, jest bardzo naiwne. Tuwim skończył pisać ten tekst w 1936 roku, ale niestety w podejściu i w ogólnej kondycji ludzkiej nie zmieniło się zbyt wiele. Mieliśmy się bardzo wiele nauczyć z II wojny światowej i nie popełniać pewnych błędów, ale w tej chwili realizujemy dokładnie tę samą ścieżkę, od której tak bardzo się kiedyś odżegnywaliśmy – mówi Agnieszka Płoszajska, reżyserka spektaklu.
– Zaskakujące jest to, jak wnikliwie Tuwim patrzył na świat, jaką miał kosmiczną perspektywę i biblijnie to wszystko widział. On nie skreślał człowieka, on go nie krytykował, tylko pokazywał jego kruchość, słabość, łatwowierność i to, jak łatwo można nim manipulować. Od tamtych czasów nic się nie zmieniło, tylko technologia poszła do przodu i systemy manipulacji bardzo się rozwinęły – mówi Leszek Możdżer, kompozytor.
Artysta przyznaje, że tekst Juliana Tuwima jest niezwykle mocny, dzięki czemu był ogromną inspiracją w pracy. Autor patrzył bowiem na rzeczywistość, także polityczną, w bardzo szeroki, niemal kosmiczny sposób. Muzyka w tym spektaklu w pewien sposób odsłania ukryte warstwy tego poematu.
– Ten tekst poniekąd sam się trochę prowadzi. Tuwim jest tajemnicą, która nadaje głębsze znaczenie muzyce. My jako muzycy jesteśmy zamknięci w kole kwintowym jak w jakiejś piaskownicy i staramy się po prostu dobrze operować mięśniami i połączyć nuty z emocjami. Natomiast Tuwim miał głębsze wglądy i tutaj muzyk, który operuje systemem dur-moll, nie ma za dużo do powiedzenia – mówi kompozytor.
Leszek Możdżer wraca do tego tekstu po latach. Nie ukrywa jednak, że teraz patrzy na niego zupełnie inaczej i zauważa rzeczy, których wcześniej nie widział.
– Kiedyś nie byłem w stanie świadomie podjąć pewnych decyzji, zresztą dopiero dzisiaj, po paru latach, jestem w stanie zrozumieć, co Tuwim miał na myśli, bo nasza świadomość też z każdym miesiącem się rozszerza. Natomiast nie mogę powiedzieć, że to, co wtedy napisałem, było świadome z mojej strony – mówi.
Za reżyserię spektaklu odpowiada Agnieszka Płoszajska, która postawiła na intensywną, momentami niepokojącą formę. Groteskowa wizja elit stopniowo przeradza się w obraz chaosu i rozpadu, bliski apokaliptycznej metaforze obecnej u Tuwima.
– To jest przedstawienie immersyjne, w którym zanurzamy się w historię, gdzie widz staje się współuczestnikiem jej i tego balu. Bardzo lubię taką formę i to jest kolejne przedstawienie, które realizuję w tym stylu. Ja jako widzka też uwielbiam oglądać teatr bardzo blisko, uwielbiam sprawdzać, czy aktor mnie nie oszukuje, czy emocje, które niesie, są prawdziwe. Uwielbiam doświadczać teatru całą sobą – mówi Agnieszka Płoszajska.
Reżyserka zauważyła, że ludzie się boją tekstów Juliana Tuwima chociażby z tego powodu, że mogą się w nich przejrzeć jak w zwierciadle, niekoniecznie wygodnym.
– To, że ludzie boją się Tuwima, było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale nie miałam tu na myśli swojego zespołu, ponieważ to grupa walecznych i cudownych osób i jestem pewna, że oni wiedzą, o czym robią spektakl, więc nie mają się czego bać. Natomiast gdy proponowałam współpracę w różnych pionach, zdarzało mi się usłyszeć, że będzie skandal, bo w tym tekście jest zbyt wiele wulgaryzmów, że połączenie seksualności i apokalipsy, czyli dla przeciętnego odbiorcy czegoś związanego z religią, może się okazać niebezpieczne. Po czasie doszłam jednak do wniosku, że tak naprawdę boimy się tego, że się przejrzymy w tym tekście, że może ktoś podstawi nam niezbyt wygodne lustro. Myślę natomiast, że taka autorefleksja przyda się każdemu, a w szczególności osobom, które dzierżą w swoich rękach władzę – dodaje.
